3,8 kilometra pływania, 180 kilometrów na rowerze i na koniec maraton - 42,2 kilometra biegu. Razem 226 kilometrów. Do tego ponad 2000 metrów przewyższenia, alpejskie podjazdy, wymagające zjazdy i temperatura sięgająca 35 stopni Celsjusza. W szwajcarskim Thun na starcie jednego z najbardziej wymagających wyzwań sportowych na świecie stanęło około 2500 zawodników z całego świata, a wśród nich mieszkaniec Brzezin - Jan Włodarczyk. Po 13 godzinach, 23 minutach i 39 sekundach przekroczył linię mety.
Czym jest Ironman?
Początki zawodów sięgają lat 70. XX wieku. Pomysł połączenia pływania, kolarstwa i biegania narodził się na Hawajach, gdzie John Collins, oficer amerykańskiej marynarki wojennej, wraz z żoną Judy postanowili rozstrzygnąć dyskusję dotyczącą tego, przedstawiciele której dyscypliny sportowej mogą pochwalić się największą wytrzymałością. Tak powstało wyzwanie, które z czasem stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych wydarzeń triathlonowych na świecie.
Od Warszawy do Szwajcarii
Droga Jana Włodarczyka do pełnego Ironmana rozpoczęła się zaledwie rok wcześniej - „Jeszcze rok wcześniej nie sądziłem, że będę przygotowywał się do pełnego Ironmana. Wszystko zaczęło się od zawodów na dystansie 70.3 w Warszawie, czyli tak zwanego pół-Ironmana. Był to dla mnie przede wszystkim sprawdzian własnych możliwości. Chciałem zobaczyć, czy jestem w stanie połączyć pływanie, jazdę na rowerze i bieganie w jeden długi wysiłek. Po ukończeniu zawodów pojawiła się myśl: skoro udało się pokonać połowę, to może warto spróbować całości?” – wspomina Jan Włodarczyk.
Minął rok i zamiast kolejnej „połówki” mieszkaniec Brzezin znalazł się na starcie pełnego Ironmana w szwajcarskim Thun. Przygotowanie do tak wymagającego startu trzeba było pogodzić z pracą, rodziną i codziennymi obowiązkami. Setki godzin treningów, kilometry pokonywane na rowerze, pływanie, bieganie, regeneracja i odpowiednie odżywianie wymagały przede wszystkim systematyczności i dobrej organizacji. – „Prawdziwy trening zaczyna się nie wtedy, kiedy wszystko idzie łatwo i ma się mnóstwo energii, ale wtedy, kiedy trzeba znaleźć w sobie motywację, żeby zrobić swoje mimo zmęczenia – podkreśla.”
226 kilometrów walki z własnymi ograniczeniami
Zawody w Thun rozpoczęły się od pływania na otwartym akwenie. Dystans 3,8 km wymagał nie tylko dobrej kondycji, ale również umiejętności odnalezienia się wśród setek innych zawodników i utrzymania właściwego kierunku na trasie.
Po wyjściu z wody na zawodników czekało 180 kilometrów jazdy na rowerze. Trasa prowadziła przez wymagające, alpejskie tereny. Łącznie zawodnicy musieli pokonać ponad 2000 metrów przewyższenia, a temperatura dochodziła do 35 stopni Celsjusza. W takich warunkach ogromne znaczenie miały odpowiednie tempo, nawodnienie i odżywianie.
Na końcu pozostał maraton. 42,2 kilometra biegu po przepłynięciu 3,8 km i przejechaniu 180 km to moment, w którym każdy kolejny kilometr staje się prawdziwą próbą charakteru – „W tym momencie organizm jest już mocno zmęczony. Do tego dochodziła wysoka temperatura i świadomość, że przed nami jeszcze pełny maraton. W takich chwilach walczy się nie tylko z własnym ciałem, ale przede wszystkim z głową i własnymi ograniczeniami”. – mówi Jan.
Po ponad trzynastu godzinach wysiłku przyszedł moment, na który czekał przez wiele miesięcy - 13 godzin, 23 minuty i 39 sekund,tyle wskazywał zegar, kiedy Jan Włodarczyk przekroczył linię mety. – „Była ogromna radość i uczucie, którego trudno opisać słowami. Za tym czasem stoją miesiące treningów, wcześniejsze pobudki, kilometry na rowerze, godziny spędzone w basenie, bieganie, pilnowanie jedzenia i regeneracji”.
Za sukcesem stoi wiele osób
Choć na mecie każdy zawodnik staje sam, droga do niej nigdy nie musi być samotna. Jan Włodarczyk podkreśla, że ogromne znaczenie miało dla niego wsparcie najbliższych. – Na mecie stanąłem sam, ale droga do niej zdecydowanie nie była samotna. Chcę szczególnie podziękować mojej żonie i całej naszej rodzinie – za wsparcie, cierpliwość, wiarę we mnie i za to, że byli ze mną przez cały ten czas. Chciałbym również podziękować Piotrkowi, który w pewnym sensie zaraził mnie triathlonem i pokazał mi ten świat”.
Historia mieszkańca Brzezin pokazuje, że wielkie sportowe wyzwania często zaczynają się od pozornie niewielkiej decyzji. Nie od 226 kilometrów, nie od wielogodzinnych treningów i nie od startu w zawodach w Szwajcarii. Od pierwszego kroku. – „Nie każdy musi trenować wyczynowo. Nie każdy musi mieć sportowy cel i mierzyć czas. Czasami wystarczy spacer, rower, basen, bieganie albo pierwsza aktywność, na którą wcześniej brakowało odwagi czy motywacji. Sport daje coś więcej niż tylko wynik. Uczy systematyczności, pomaga lepiej poznać własne możliwości i przede wszystkim pokazuje, że często potrafimy więcej, niż sami o sobie myślimy”.
Droga Jana Włodarczyka do 226 kilometrów również zaczęła się od pierwszego kroku. A jego historia może być inspiracją dla każdego, kto choć raz pomyślał, że chciałby spróbować czegoś nowego, ale jeszcze nie znalazł w sobie odwagi, by zacząć.
Bo czasem nie trzeba od razu wiedzieć, dokąd zaprowadzi nas pierwszy krok. Wystarczy go zrobić.
(za: morawica.pl)






